Browse By

Chiny: kraj wielu skrajności

Marcin na wyjazd do Chin oszczędzał przez dwa lata, zawiesił studia, pojechał „na zmywak” do Anglii i wreszcie udało mu się odłożyć sumę, którą pozwoliła mu ruszyć w wielkie przestrzenie Kraju Środka.

Chiny stoją otworem

Celem Marcina nie było powierzchowne zwiedzenie Chin. Chciał zamieszkać na dłużej w Chińskiej Republice Ludowej, by poznać ten kraj dogłębnie, jak się jednak okazało życie (tudzież chińskie władze) miało dla niego inne plany. W zasadzie z czystym paszportem bez „źle widzianych stempli”, nie miał żadnego problemu z otrzymaniem sześciomiesięcznej wizy. Po 11 godzinach lotu wylądował na lotnisku w Szanghaju.

Chiński Nowy Jork?

Miasto oszołomiło i upoiło go swoim wyglądem. Już podchodząc do lądowania zobaczył wysokie wieżowce i budynki o nietypowych bryłach będące prawdziwym popisem chińskich i zachodnioeuropejskich architektów. Gdy miał okazję przespacerować się ulicami Szanghaju zobaczył jak nowoczesne budownictwo miesza się tutaj z charakterystycznymi, tradycyjnymi budynkami o spadzistych dachach na końcach unoszącymi się ku niebu. Ze wszech stron otoczony nowoczesnością i niezwykle zaawansowaną technologią pomyślał, że to miasto niczym nie różni się od Nowego Jorku.

Mandżurskie porządki

Niemal od razu po przyjeździe rozpoczął szukanie mieszkania. Nie przyjechał tam bowiem zwiedzać, ale pracować i żyć. Stosunkowo szybko znalazł małą kawalerkę w pakiecie ze współlokatorem. Yuan był w z pochodzenia Mandżurem (kraina na północnym wschodzi Chin). Człowiekiem bardzo sympatycznym, jak każdy Chińczyk -co się miało niedługo okazać. Z Yuanem był jeden mały problem – nie znał słowa „porządki”. Początkowo Marcin nie traktował tego jak przeszkody, jednak z czasem gdy góra śmieci zaczęła rosnąć zwrócił uwagę współlokatorowi, ten przyjął do wiadomości, że jest brudno, wzruszył ramionami i niczego nie zmienił… Dla Yuna pobyt w Szanghaju był przejściowym okresem, przyjeżdżał do miast latem, gdzie nocami sprzedawał fast foody na ulicach, był w stanie zarobić tyle, że przez resztę roku mieszkał spokojnie z rodziną w Mandżurii nie przejmując się wydatkami.

Przyjazny i pomocny jak Chińczyk

Yuan przedstawił Marcina swoim znajomym, okazało się, że to są niebywale sympatyczni ludzie, który co wieczór zapraszali go na wspólne posiłki i Baijui albo piwo. Chińczycy uwielbiali spędzać wieczory na dyskusjach podczas picia piwa. Na szczęście dla Marcina ichniejsze alkohole były znacznie słabsze od polskich i podawane w mniejszych opakowaniach. Nowi znajomi wiedząc, że Polak szuka pracy zaprowadzili go w kilka miejsc, gdzie szukano pracowników. Marcin nie miał problemów z pracą: mówił po chińsku (może nie biegle, ale komunikatywnie) i był biały, co stanowiło atrakcję dla potencjalnych klientów lokalu – bo jego chińscy znajomi proponowali mu pracę w gastronomii.

Inne oblicze Chin

Okazało się, że życie w Chinach wcale nie jest tak tanie jak sobie to Marcin wyobrażał. To, że w |Polsce można kupić T-shirt z Chin za 5 zł, nie oznacza, że w Chinach też kosztuje on 5 zł. Okazało się, że koszty życia znacznie przewyższają zarobki Marcina, powoli oszczędności na koncie zaczęły topnieć. I znów w pomocą przyszli nowi znajomi, zabrali Marcina do małego miasteczka pod Szanghajem gdzie na targu mógł zaopatrzyć się bardzo tanio w najpotrzebniejsze rzeczy. I wówczas Polak odkrył drugie oblicze Chin… zaledwie 20 km od miasta, nie było śladu po technologii i nowoczesności. Krajobraz, który ukazał się jego oczom to wioska z lichymi, ledwo stojącymi chatami otoczonymi przez pola ryżowe. Ulica to w zasadzie wydeptana i rozjeżdżona wozami błotnista ścieżka, mieszkańcy poruszali się piechotą lub rowerami. Człowiek o jasnej cerze wzbudzał ogólne zainteresowanie, witali go, dotykali i dawali wiele rzeczy za darmo. Czuł się trochę jak zwierzątko w zoo, które wszyscy chcą dokarmiać, ale nie traktują go poważnie.

Gdy miesiąc miodowy się kończy…

Minęły 3 miesiące, Marcin pokochał Chiny, ich różnorodność, skrajności i piękno, ale powoli czuł się wyczerpany tym światem. Jego mandżurski współlokator wrócił w rodzinne strony, teraz sam musiał płacić za mieszkanie, a to jeszcze bardziej nadwyrężało jego budżet. Okazało się, że koledzy od wieczornych spotkań choć mili i sympatyczni są niezwykle wycofani, zawsze rozmawiali w tym samym tonie, o rzeczach mało ważnych. To co zwróciło jego uwagę to fakt, że nie zawiązywali oni przyjaźni, w Chinach wszelkie kontakty między ludzkie były oparte na uprzejmości, ale nikt nie starał się budować głębszych relacji. Dotyczyło to tak samo kontaktów z obcokrajowcami, jak i z innymi Chińczykami.

Gdy policja puka do drzwi to zły znak

Pewnego dnia o 6 rano do jego drzwi zapukała policja, zabrali go na posterunek i oświadczyli, że jego wiza jest nieważna. Na nic zdało się tłumaczenie, że wydano ją na 6 a nie jak twierdzili urzędnicy na 3 miesiące. Został zatrzymany w areszcie na 24h. To była najgorsza doba w jego życiu, w nocy przypomniały mu się wszystkie filmy i reportaże mówiące o europejczykach, którzy zaginęli w chińskich więzieniach i o walkach jakie toczyły rządy różnych krajów o wydostanie z nich swoich obywateli.

Rozdarty przez Chiny

Po 24 h wypuszczono go z więzienia z nakazem płatniczym za przedłużenie wizy. Kwota była horrendalnie wysoka, miała bowiem naliczoną karę za posiadanie nieważnej wizy. Marcin nie miał już pieniędzy na tak wysoką opłatę, a nie chciał po raz drugi trafić do więzienia, odszukał więc polski konsulat w Szanghaju i czeka właśnie na rozpatrzenie jego prośby o pomoc. Właśnie tutaj spotkałam Marcina, człowieka przerażonego, ale jednocześnie zachwyconego Chinami. Chiny to kraj wielu skrajności, potrafi fascynować i budzić lęk, takie uczucia targały również Marcinem: z jednej strony chciał jak najszybciej opuścić chiński świat, z drugiej zapowiadał, że jeszcze tu wróci, tylko znacznie lepiej przygotowany. Z jednej strony Chińczycy byli dla niego powierzchowni, z drugiej nadal uważał, że Chiny to oszałamiający pięknem i egzotyką kraj.